(5) Ludzie Skry: poznajcie Piotra Wierzbickiego

Choć nie urodził się w Częstochowie, to ze Skrą jest związany najdłużej z wszystkich obecnych działaczy i pracowników. Zaczynał jako junior na boisku i wkręcił się tak bardzo, że od wielu lat pełni funkcję wiceprezesa. 14 lat temu wspólnie z Arturem Szymczykiem i Tomaszem Musiałem podjęli decyzję, że zaczną pisać nową kartę naszego klubu. Przeszedł ze Skrą drogę od A klasy do drugiej ligi. Który awans zapamiętał najbardziej? Czy przed laty marzył o szczeblu centralnym? Jak przeżywa dzień meczowy? W cyklu „Ludzie Skry” możecie poznać dziś bliżej wiceprezesa Piotra Wierzbickiego.

Może nie wszyscy wiedzą, ale wiceprezes Piotr Wierzbicki jest najdłużej związaną ze Skrą osobą pośród wszystkich, którzy obecnie tworzą klub z ulicy Loretańskiej. Początki sięgają kariery zawodniczej. Jak to wszystko się zaczęło?
– Chyba spokojnie można powiedzieć, że jestem dzieckiem Skry i faktycznie chyba jestem związany z klubem najdłużej razem z Tomkiem Musiałem. Ja do klubu trafiłem w 1989 roku, kiedy to przyszedłem na pierwszy trening drużyny juniorów do trenera Chojnackiego. Miałem wtedy 14 lat. Dlaczego tak późno? Bo do 1984 mieszkałem w Szczecinie, moim pierwszym klubem była Stocznia Szczecin. Rodzice przeprowadzili się do Częstochowy, mieszkaliśmy na Tysiącleciu i tam praktycznie nie było żadnego klubu. Skra była pod Jasną Górą, Raków na drugim końcu miasta, które słabo znałem. Wybrałem Skrę, bo namówili mnie do tego koledzy z osiedla. W lidze zadebiutowałem w meczu z Pasjonatem Dankowice. To było w czwartej lidze, jeśli dobrze pamiętam w 1993 roku, w klasie maturalnej. To były trudne czasy dla klubu, drużyna została wycofana z rozgrywek. Ja zostałem wypożyczony na pół roku do Kiedrzyna, potem wróciłem do Skry już w klasie okręgowej. Z braku pieniędzy i organizacji poziom sportowy cały czas się obniżał. Nie mieliśmy swojego boiska, graliśmy przy Dąbrowskiego. W pewnym momencie groził nam nawet spadek do B klasy. Pamiętam taki przegrany mecz z Kamykiem, w którym popełniłem duży błąd, zagrałem głową do bramkarza i go przelobowałem. Przegraliśmy mecz o utrzymanie, ale jakaś drużyna się wycofała i nie spadliśmy. Później stałem się członkiem zarządu Skry zastępując Leszka Małagowskiego. Prezesem był wtedy Mariusz Wieczorek. Zacząłem się wtedy uczyć organizacji klubu. Powstawał wówczas zalążek ciekawej inicjatywy, ale do 2006 roku nic nie drgnęło. Była to taka egzystencja.

Śmiało można chyba powiedzieć, że 2006 był takim przełomowym rokiem dla Skry?
– Tak, wtedy było naprawdę kiepsko. Pojechałem wtedy do Artura Szymczyka z firmy „Michaś”, którego poznałem, bo zgłosił się wcześniej do nas, aby jego drużyna zakładowa rozgrywała u nas mecze. W klubie nie było już na nic pieniędzy. Graliśmy już wtedy przy Loretańskiej. Mieliśmy wtedy tylko melaminę, która była zalążkiem szatni, w której można było po meczu się wykąpać. Groziło nam wycofanie z A klasy, a mieliśmy fajny rocznik zawodników 1988-1989, z którego byli m.in. Mateusz i Przemek Woldanowie. Szkoda było wtedy to wszystko stracić. Poprosiłem Artura o wsparcie w zamian za stanowisko prezesa, on się zgodził i zaczęliśmy budowanie klubu na nowych zasadach. Z Arturem minęliśmy się też w Skrze na boisku, bo jak ja zaczynałem trenować w 1990 roku, to on akurat kończył. Od 2007 roku rozpoczęliśmy lot wznoszący i fajniejsze czasy dla Skry.

Przez te wszystkie lata trochę tych awansów było. Od A klasy aż do drugiej ligi. Jakie to były emocje w tych punktach kulminacyjnych, w decydujących meczach?
– Bardzo dobrze pamiętam sezon w klasie okręgowej. Z A klasy awansowaliśmy jako drużyna, która nie przegrała meczu. Mieliśmy wtedy młodą drużynę, wrócili do nas z SMS-u Bielsko-Biała Woldan i Ryś. Byliśmy pierwszym klubem w regionie, który przeszedł na płaskie ustawienie 4-4-2. Okręgówkę w tym systemie też wygraliśmy bez przegranego meczu. Na pierwszy mecz jechaliśmy do Boronowa i już w 7. minucie Maciej Szczerba dostał czerwoną kartkę. Jako beniaminek w pierwszym meczu grając w dziesiątkę przez niemal całe spotkanie wygraliśmy 3:0. W drugim meczu graliśmy z Lotem Konopiska uważanym wtedy za jedną z najlepszych drużyn w tej lidze, w której nota bene czołowym strzelcem był Sebastian Rajek…

… To nie rodzina (śmiech)
– Był to naprawdę niezły piłkarz jak na tą ligę. Mieli mocny skład, a my wygraliśmy ten mecz 4:1. Nasza drużyna świetnie wtedy grała i zrobiliśmy kolejny awans. Po awansie do czwartej ligi zrobiliśmy pierwszy wielki transfer. Postanowiliśmy ściągnąć Remigiusza Hudka, przyjechał negocjować kontrakt na nasz obiekt przy Loretańskiej. Były już na nim ławeczki, płot pomalowany na biało, piłko chwyty, ale szatnie nadal były w melaminach. Ten chłopak przyjechał, zamknęliśmy się w tej melaminie i zaczęliśmy rozmawiać o poważnym kontrakcie (śmiech). To był nasz pierwszy poważny transfer, ale trafił do nas wtedy również obecny zawodnik Widzewa Łódź Daniel Tanżyna. Wypożyczyliśmy go wtedy na rundę wiosenną z Odry Wodzisław, ale z czwartej ligi nie udało nam się awansować już tak szybko, mimo że mieliśmy takie plany. Awansowaliśmy sezon później i w pierwszym sezonie w trzeciej lidze zajęliśmy drugie miejsce w tabeli. Wracając do takich pamiętnych meczów to na pewno przypomina mi się mecz jeszcze z okręgówki z MLKS Woźniki. To była bardzo mocna ekipa, która wszystko wygrywała. Po bardzo emocjonującym meczu wygraliśmy tam 3:2. Po raz pierwszy pojechaliśmy wtedy swoim oklejonym autokarem, z nowym kompletem wyjściowych koszulek. Dla nas były to wtedy duże nowości.

clip z meczu MLKS Woźniki – Skra (20.05.2009) – ZOBACZ

Zostańmy jeszcze chwilę przy awansach skupiając się na tym ostatnim z 2018 roku do drugiej ligi.
– Tego awansu trudno nie pamiętać, to były olbrzymie emocje. Nasłuchiwaliśmy wyniku z Polkowic, gdzie grała Ślęza Wrocław. Jako Radio FON, w którym działasz przeprowadzaliście wtedy bardzo fajną transmisję wideo z tego meczu, była świetna realizacja z kilku kamer. To wszystko było bardzo emocjonujące. Jak już się dowiedzieliśmy, że mamy awans to feta trwała długo. To było ukoronowanie pracy naszego zarządu po 12 latach. Mało kto z nas przed laty się spodziewał, że dojdziemy tak wysoko i będziemy wśród 52 najlepszych klubów w Polsce. Doszliśmy do tego praktycznie od zera, jedynie własnymi chęciami. Przy stosunkowo niskim budżecie wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Mamy w Częstochowie wielu działaczy, którzy robią fajne wyniki. Częstochowa może sportem stać, ale bez większego wsparcia magistratu ciężko to będzie zrobić. Potencjał ludzki natomiast jest ogromny.

 

Jak w 2006 obecny zarząd Skry zaczął budować klub w zasadzie od nowa, to były w głowie takie marzenia, że kiedyś skończy się to na szczeblu centralnym, w drugiej lidze?
– Nie, wydaje mi się, że wtedy nikt z nas o tym nie marzył. W założeniu wieloletnim mieliśmy coś takiego, ale po latach grania w trzeciej lidze stwierdziliśmy, że awansować wyżej będzie nam bardzo ciężko. Artur jest jednak takim człowiekiem, który się nie poddaje. Za przykład może posłużyć projekt naszego budynku klubowego. W założeniu miał być on parterowy, nie miało być tylu korytarzy, tylko spora część na zewnątrz. Taki projekt zaakceptowaliśmy, a potem on go zmienił nie informując nas o tym. Lubi robić takie niespodzianki. Przyjeżdżaliśmy doglądać budowy i zaczęliśmy dziwić się, że tak poważne fundamenty powstają pod tak mały budynek. Dopiero jak rozpoczęła się budowa piętra to prezes nam powiedział, że jest zmiana w projekcie. W zamierzeniu chciał nam go pokazać dopiero jak będzie gotowy, ale interesowaliśmy się budową i sprawa wydała się wcześniej. Dużo przy tej budowie też sami pracowaliśmy, woziliśmy piach taczkami społecznie budując nasz klub.

Cofnijmy się jeszcze do czasów boiskowych. Podczas kilku lat grania na pewno powstało wiele anegdot. Słyszałem, że w dniu narodzin córki grał pan mecz i nawet strzelił w nim bramkę.
– Była taka historia, dokładnie w roku 2004. Byliśmy wtedy w górnej połowie tabeli A klasy, trenerem był Stanisław Szczęsny. Ja rzadko strzelałem bramki, bo byłem bocznym lub środkowym obrońcą. To były początki telefonów komórkowych. Pamiętam, że dałem ją przed meczem trenerowi, aby monitorował wszystko co się dzieje. Rano zawiozłem żonę do szpitala, bo miała termin porodu. Spytała się czemu tak wcześnie, a ja o 13.00 miałem zbiórkę i powiedziałem jej, że później mogę nie mieć czasu (śmiech). Pojawiły się pierwsze skurcze, zawiozłem ją do szpitala na Parkitkę, a sam pojechałem na mecz do     Kamienicy Polskiej. Trenerowi powiedziałem, aby cały czas sprawdzał telefon i jakby się coś działo to miał mnie zmienić. Wygraliśmy ten mecz 4:1, Tomek Musiał strzelił trzy gole, a ja zapisałem na swoje konto bramkę i asystę. W 83. minucie trener nagle do mnie krzyczy: Zaczęło się! No to zmiana, wsiadłem szybko w samochód prosto z boiska i pojechałem do szpitala. Na rozwiązanie zdążyłem, bo kilka godzin to trwało.

Obecnie drugi sezon gramy w drugiej lidze. Czy to jest szczyt aspiracji, czy może za jakiś czas spróbujemy powalczyć o awans jeszcze wyżej?
– Pewnie, że chcielibyśmy grać jeszcze wyżej. Szybko uczymy się organizacji i tak naprawdę głównie chodzi o finanse oraz infrastrukturę. W tym momencie w Częstochowie nie mamy obiektu, na którym moglibyśmy zagrać w pierwszej lidze. W obecnej chwili nawet stadion Rakowa miałby problem z licencją na tą ligę. Na naszym stadionie nie ma możliwości otrzymania licencji na pierwszą ligę, jest to po prostu za mały obiekt i nie ma jak go rozbudować. Grać na obcym obiekcie po awansie słabo wpisywałoby się w naszą historię. Jeśli chodzi o mnie to nie czułbym tego klimatu.

Jak wygląda dzień meczowy wiceprezesa Wierzbickiego? Wielkie emocje są już od samego rana?
– Teraz na to wszystko reaguję już trochę inaczej. W pierwszym sezonie w drugiej lidze nie byłem jeszcze kierownikiem do spraw bezpieczeństwa. Mogłem mieć głowę trochę luźniejszą, emocje mogły skupiać się na aspekcie sportowym. Obecnie mecz sobotni zaczyna się dla mnie już w czwartek od rozmowy z delegatem. Nie zdawałem sobie wcześniej nawet sprawy, że to jest tak odpowiedzialna funkcja. My mamy dość mały stadion i skala trudności jest nieco mniejsza, ale i tak papierkowej roboty jest naprawdę sporo. Bardzo mocno pomaga mi w tym wszystkim Bartek Błach i razem wszystko ogarniamy. Kiedy wszystko jest dograne na ostatni guzik, mogę dopiero przejść w trans sportowy.

Były przez te wszystkie lata jakieś momenty zawahania, zwątpienia?
– Od przyjścia Artura Szymczyka do klubu nie miałem takich momentów. Ktoś może mógłby pomyśleć, że w sezonie kiedy bardzo chcieliśmy awansować, a przegraliśmy z Nadwiślanem Góra pojawiły się takie myśli, ale ja tak tego nie odebrałem. Poziom, który wtedy osiągnęliśmy i tak mnie bardzo cieszył. To był sezon reorganizacji, utrzymaliśmy się w trzeciej lidze. Tamten sezon nas trochę przerastał finansowo. Mieliśmy zawodników, którzy naprawdę kosztowali spore pieniądze jak Drzymont czy Chmiest. W tej chwili chyba nie mamy tak drogich zawodników, jak ta dwójka w tamtych czasach. Postawiliśmy wtedy wszystko na jedną kartę. Był wtedy też taki motyw, że Raków sportowo spadł z drugiej do trzeciej ligi. Poszliśmy va banque, przeinwestowaliśmy drużynę, bo pojawiła się szansa na historyczną zmianę w Częstochowie. Po latach pierwszym klubem piłkarskim w Częstochowie mogła zostać Skra. Oczywiście nie życzyliśmy źle Rakowowi, bo w innym scenariuszu liczyliśmy na derby w drugiej lidze. Takie mecze byłyby czymś wyjątkowym dla naszej piłki. Raków sportowo spadł, ale został utrzymany wskutek braku licencji dla Polonii Bytom oraz Warty Poznań. Chcę jeszcze raz podkreślić, że Rakowowi źle nie życzyliśmy. Wiedzieliśmy jak wtedy było ciężko w klubie i jak wielką pracę wykonał tam Krzysztof Kołaczyk. Ja pamiętam jeszcze swoje występy w juniorach przeciwko Rakowowi, oni mieli świetną ekipę. Grali tam wtedy Jacek Magiera, Piotrek Bański, Grzegorz Skwara, Krzysiek Stępień. Na 20 meczów może bylibyśmy w stanie raz z nimi wygrać. Pięć lat temu dogoniliśmy Raków w szkoleniu, bo mieliśmy więcej drużyn wyżej sklasyfikowanych od nich. To też był dla nas przełomowy moment. Pamiętam, że przyszedł do nas wtedy dyrektor Marek Śledź, którego bardzo szanuję i chciał od nas zawodnika do Rakowa, a ja odpowiedziałem, że z całym szacunkiem panie dyrektorze, ale na razie jesteście ligę niżej niż my. Bardzo musiało go to wtedy zmobilizować, bo po latach mają wszystkie drużyny wyżej od nas. Selekcja w Rakowie poszła w bardzo dobrym kierunku. Będziemy starali się im deptać po piętach, a to może przynieść tylko korzyści dla regionu. Sportowo Częstochowa może znaczyć jeszcze więcej, choć już teraz jest naprawdę nieźle.

 

Nie da się ukryć, że druga liga coraz bardziej się profesjonalizuje. W tej lidze grają Widzew, GKS Katowice, Górnik Łęczna czy kilka innych naprawdę uznanych marek.
– Tak, ale mimo wszystko powinniśmy sobie poradzić, bo jeżeli ligę wyżej radzi sobie choćby Chrobry Głogów i kilka zdecydowanie mniejszych aglomeracji od Częstochowy, które mają mniejsze możliwości szkoleniowe, to czemu my mamy sobie nie poradzić? Dla naszego miasta na pewno jest miejsce na dwie drużyny na szczeblu centralnym. Jeżeli tylko jest potencjał ludzki do działania to wielką szkodą byłoby tozaprzepaścić. Sportowo wiosna zapowiada się bardzo ciekawie. Łatwo nie będzie, bo centralizacja piłki zmierza do pełnego zawodowstwa. Na tym szczeblu za chwilę trzeba będzie mieć piłkarzy zawodowych, którzy będą musieli żyć tylko z piłki i nie zajmować się niczym innym. Na przestrzeni 2-3 sezonów myślę, że bardzo ciężko będzie połączyć grę z pracą i taki chyba jest zamysł PZPN-u. Ta liga jest coraz mocniejsza, są lepsi piłkarze, lepsze szkolenie. Mnie natomiast martwi to co dzieje się w ekstraklasie, bo obserwujemy jedną wielką ucieczkę z niej młodych zdolnych zawodników. Nie ma szans na ich zatrzymanie, a w ich miejsce przychodzą zawodnicy słabsi jakościowo. Wracając do nas, o punkty na pewno nie będzie nam łatwo, ale optymizmem mogą napawać sparingi, i to zarówno pod względem wyników jak i gry. O ile z Bełchatowem nie dyktowaliśmy warunków gry, to z Odrą Opole wyglądało to naprawdę dobrze.

Transfery chyba też mogą napawać optymizmem?
– Tak, ja jestem zadowolony z tego jakich zawodników udało nam się zakontraktować. Powinniśmy mieć dużo więcej jakości z przodu. Trener będzie miał zdecydowanie większe pole manewru, bo w sparingach byliśmy w stanie zagrać dwoma różnymi jedenastkami i nie traciliśmy na jakości. Mieliśmy jesienią mało strzelonych goli i doszliśmy do wniosku, że nie bierze się to przede wszystkim z nieskuteczności napastników, a zbyt małej liczy dograń w pole karne. Wzmocniliśmy się z przodu, bo moim zdaniem Daniel Rumin jest lepszym napastnikiem niż Damian Niedojad. Wzmocniliśmy środek pola, mocniejsze są też skrzydła. Adam Mesjasz poukładał obronę i ja osobiście jestem pełen optymizmu na wiosnę. Czy za tymi wzmocnieniami pójdą wyniki, to już boisko zweryfikuje. Awansując do drugiej ligi braliśmy pod uwagę, że to może być przygoda na jeden sezon. Okazało się, że trafiła nam się bardzo dobra seria i utrzymaliśmy się w miarę spokojnie. Drugi sezon miał być trudniejszy i jest, ale drużynę też mamy mocniejszą. Ta drużyna powinna dać radę się utrzymać. Jeden z uznanych w Polsce menadżerów mówił mi ostatnio, że słyszał takie głosy, że boją się nas w drugiej lidze z powodu przemyślanych transferów. Inne drużyny to widzą i to na pewno cieszy. Popełnić mało błędów w okienku transferowym to też jest sztuka, bo wiadomo, że w 100 procentach nigdy się nie trafi. Rozglądamy się jeszcze za jednym młodzieżowcem, bo tutaj tak jak nasz trener mówił mamy małe pole manewru. Cieszę się, że zawodnicy zgodzili się podpisać kontrakty na warunkach, które im zaproponowaliśmy, bo są to ambitni piłkarze, którzy nie mieli najwyższych wymagań finansowych. Nie mamy za dużego budżetu i musimy się w nim zmieścić. Czekamy jeszcze na decyzję, na jaką kwotę będziemy mogli liczyć z Urzędu Miasta na sport kwalifikowany.

Jest już takie wyczekiwanie tego pierwszego meczu ligowego w Polkowicach?
– Tak, jak najbardziej! Miałem jechać do siostry do Niemiec, ale ze względu na mecz przełożyłem sobie wyjazd. Ja już się nie mogę doczekać. Fajnie, że w międzyczasie wpadł nam sparing z Legią, bo zagrać z taką ekipą to zawsze jest fajna sprawa. Mam już zapowiedziane, że Legia zagra w bardzo mocnym składzie. Wystąpią zawodnicy, którzy pauzują za kartki, cała ławka rezerwowych. Na ten mecz też już czekam z niecierpliwością.

Skra ma również ambitne plany na piłkę kobiecą. Ladies w pierwszym sezonie grania awansowały do drugiej ligi i po rundzie jesiennej również są w czołówce.
– Muszę przyznać, że do tego projektu byłem nastawiony sceptycznie, nie byłem jego zwolennikiem. Nie lubiłem piłki damskiej, polubiłem ją dopiero teraz. Byłem nastawiony anty, uważałem, że to to nie jest sport dla kobiet, a one przez to tracą swą kobiecość. Piłka nożna jest mocno kontaktowa. Kiedy zobaczyłem jak to wszystko wygląda z bliska to zmieniłem zdanie. Zostałem zresztą przegłosowany przez zwolenników tego projektu w naszym klubie, kiedy podejmowaliśmy decyzję o utworzeniu sekcji żeńskiej. PZPN mocno stawia na rozwój damskiej piłki, podobnie jak inne federacje i te argumenty mnie przekonały. Po przemyśleniu stwierdziłem, że ma to sens. Na mnie spadł proces przejęcia drużyny od strony administracyjnej i prawnej. Pierwszy sezon od razu zakończyliśmy awansem. Teraz jest reorganizacja rozgrywek i walcząc o utrzymanie gra się jednocześnie o awans.

Panie Piotrze, tak na zakończenie spróbujmy podsumować to wszystko co przez lata obecnemu zarządowi udało się wypracować. Ilu ludzie dzisiaj pracuje w Skrze? Jak duża to jest struktura?
– Jak zaczynaliśmy to nie pracował nikt. Było trzech społecznych działaczy, wypłatę miał tylko trener pierwszego zespołu. Wszyscy pozostali to byli ludzie dobrej woli, którzy przychodzili nam pomagać. Pierwsze małe stypendia dla zawodników pojawiły się dopiero w klasie okręgowej. Dzisiaj jest w Skrze 26 trenerów grup młodzieżowych, nie licząc SMS Nobilito. W dziale administracji i marketingu pracuje 12 osób. Sztab szkoleniowy pierwszego zespołu to 6 osób. Jeśli połączylibyśmy to z 26 osobami kadry nauczycielskiej w Nobilito to wyjdzie nam około 80 osób na stałe zatrudnionych. Robi się z tego już całkiem niemała firma.

Rozmawiał Mariusz Rajek

.Junior starszy Skra Częstochowa – r. 1994
(od lewej górny rząd: trener Dymczyk, Sośnicki,Popowicz, Dawid, Wierzbicki, Baryła, Knysak, Popowicz, kierownik Adam, Pusty
dolny rząd od lewej: Witek, Walczak, Spółczyński, Ściesinski, Kulig)

Seniorzy  Skra Częstochowa – r. 2005
od lewej górny rząd: trener Musiał, Jaczyński, Hoffman, Bik, Liczberski, Włodarczyk, Nabiałek, Szecówka, Telenga, kierownik Siembieda
dolny rząd od lewej: Wierzbicki, Pytlarz, Jarmusik, Pietrasiński, Caban, Szczerbak, Juszczyk.

Szampany przygotowane  – zespół czeka na ostatni gwizdek sędziego meczu w Woźnikach

Stara „loreta” – rok 2008 … mecz Skra – Lotnik Kościelec … – melaminy stojące w miejscu obecnego budynku

.

Close Menu